…zgłosić w strefie Schengen, że będziemy przewozili lek narkotyczny. Trzeba to zgłosić (wysłać) do Ministerstwa Zdrowia (można zarówno naszego, jak i w Holandii. Przy czym tam zgoda jest udzielana automatycznie, u nas trzeba czekać niestety do dwóch tygodni na odpowiedź) – to jest takie pisemko, które wypisuje lekarz. Są bowiem też przecież np. pacjenci, którzy stosują, dajmy na to, morfinę – ona jest narkotykiem i z tego rodzaju pisemkiem przez miesiąc mogą się legalnie w strefie Schengen poruszać. Tego pisemka jednak nikt nie wysyła. Dlatego, że pacjenci boją się, że dojdzie do jakiejś kontroli i że lepiej jest nie stawiać się „na świeczniku”.

Przejdźmy może teraz do utworzonego w Koninie przez panią punktu informacji o medycznej marihuanie. Jest on podobno współfinansowany przez miasto. Jakim cudem udało się pani coś takiego osiągnąć?

Cóż, uparta jestem [śmiech]. Jak sobie postawię cel, to go dopinam. Czułam, że coś trzeba było zrobić w tym temacie. Mając świadomość jaka jest sytuacja… wie pan, skończenie studiów nie obliguje nas do tego, że mamy przyjmować wszystko tak jak jest, tylko mamy poszukiwać nowych informacji i się sami dokształcać. Niestety w naszym fachowym środowisku często wygląda to w rzeczywistości tak, że jeździ się na jakiejś zorganizowane eventy, gdzie tak naprawdę większości zależy tylko na tym, aby sobie posiedzieć, pojeść i może wieczorem coś wypić. A nie o to, by czegoś nowego się nauczyć, rzeczywiście posłuchać co ludzie z firm farmaceutycznych „ględzą”.

growshop, growbox
growshop, growbox
growshop, growbox
growshop, growbox

Mając więc świadomość, że jest coś takiego, jak medyczna marihuana i że to działa iże należy pomóc pacjentom czułam, że nie mogę po prostu siedzieć z założonymi rękami i nic nie zrobić w tej sprawie. Tak w ogóle o leczniczych właściwościach konopi powiedziała mi moja pierwsza pacjentka. Powiedziała mi, że to może pomóc mojemu dziecku i zaczęłam o tym czytać. To w ogóle jest osoba, którą znam od wielu lat, ma upośledzone dziecko, pomagałam i pomagam jej. Poprosiła mnie bym zagłębiła się w temat konopi. I gdy zaczęłam czytać, to szybko doszłam do ciężkiego szoku: „Jak taka prawda może nie ujrzeć światła dziennego?! Dlaczego my o tym nic nie wiemy?!”. Zdecydowałam się, że trzeba zacząć działać.

Ten punkt informacyjny działał już przed otrzymaniem wsparcia władz miasta – na zasadzie wolontariatu. Nie mieliśmy jednak wtedy godnych warunków do przyjmowania pacjentów, spotykaliśmy się na mieście, albo w domach pacjentów i im pomagaliśmy. Chcieliśmy to więc sformalizować – żeby miało to „ręce i nogi”. Złożyłam więc wniosek do konińskiego budżetu obywatelskiego. I ten projekt przeszedł. 1 lipca 2017 r. został uruchomiony punkt, zorganizowaliśmy konferencję, przeszkoliliśmy lekarzy (na tyle, na ile się dało przez 2, 3 godziny) – przyszło ok. 80-ciu specjalistów…

…80 to bardzo dużo…

…Tak, zdecydowanie. Oprócz tego przyszli także mieszkańcy miasta i przyjmowaliśmy też pacjentów. W kolejnym roku prezydent Konina obiecał nam, że dostaniemy już normalne dofinansowanie z budżetu miasta.

Jakim cudem udało wam się przekonać zarówno obywateli, jak i władze? Przecież, żeby wasz projekt wygrał w głosowaniu Budżetu Obywatelskiego, to musiał mieć bardzo duże poparcie, a dla wielu ludzi konopie to po prostu niebezpieczny narkotyk i tyle.

Myślę, ze każdy ma gdzieś w rodzinie osobę chorą. Poza tym zmienia się odbiór konopi w społeczeństwie. Panuje też taka postawa: „Jeżeli coś pomaga chorym ludziom, to dlaczego nie?”. Nasze społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte, owszem, gdzieniegdzie pewnie jeszcze będzie panował przekonanie, że to jest twardy narkotyk. Natomiast świadomość tego, że może sam też będę potrzebował pomocy (bo takie zdanie m. in. padło ze strony jednego z przedstawicieli władz miasta) i że to może być szansa dla kogoś chorego przełożyło się na przekonanie, że coś trzeba w tym kierunku zrobić. Więc po prostu to zrobili.

Konin to nie jest duże miasto. A jednak pani apteka jest jedną z trzech, która ma na stanie Sativex. Czy przyjeżdżają też do państwa ludzie spoza najbliższego regionu?

Przyjeżdża do nas cała Polska. A nawet ludzie z zagranicy. Zapotrzebowanie jest bardzo duże.

Wynika z tego, że zdecydowanie brakuje miejsc, które by tego rodzaju preparaty sprzedawały.

Tak, takich miejsc brakuje. Brakuje też lekarzy, którzy byliby gotowi wypisać receptę, bo zdarza się nam też tak, że pacjent z np. Częstochowy dlatego do nas trafia, że obszedł całą Częstochowę i żaden lekarz nie chciał mu wypisać tej recepty i proszą nas o zasugerowanie lekarza. A to jest zarejestrowany lek, lekarze nie mają się czego bać, on jest przebadany, więc lekarz może być tutaj pewien, że działa zgodnie z prawem. A mimo to u większości medyków jest blokada.